To już osiem lat, jak zakończył swoją ziemską wędrówkę pierwszy proboszcz parafii mariackiej, ks prałat Józef Słomski.
Ks. Słomski decyzją pierwszego biskupa diecezji koszalińsko -kołobrzeskiej, kardynała nominata Ignacego Jeża, przybył do Kołobrzegu w roku 1972. Miasto, i podział administracyjny kościoła w naszym mieście, zupełnie inaczej wyglądało. Nasza konkatedra w tym okresie była praktycznie wielką ruiną, z armatami w środku. Młody ks. Józef Słomski, z silnym wsparciem biskupa ordynariusza, zaczął tworzyć struktury powstającej parafii mariackiej. Ale jego największym zadaniem było przejęcie zniszczonej konkatedry i rozpoczęcie jej odbudowy. Ten proces trwał dziesięciolecia, dzięki wysiłkowi wielu ludzi , którzy chcieli przywrócić Kołobrzegowi do użytku jego historyczną świątynię.
Wielu z mieszkańców Kołobrzegu, i nie tylko, spotkało na swojej drodze ks. prałata Józefa Słomskiego. Na naszą prośbę kilkoro z nich wróciło wspomnieniami do tych chwil, kiedy razem współpracowali lub spotykali się z pierwszym proboszczem naszej parafii. Za nadesłane wspomnienia z serca dziękujemy!
Zapraszamy do zapoznania się wspomnieniami o niezwykłym kapłanie naszej parafii .
Katarzyna Paciorkowska
Zanim usiadłam do komputera, to najpierw dałam sobie dobrych kilka dni na zebranie myśli i wspomnień związanych z postacią śp. ks. prałata Józefa Słomskiego. I ze zdumieniem stwierdziłam, że w swoim życiu chyba nie spotkałam innej, tak ciekawej i barwnej osoby, z całym wachlarzem talentów i umiejętności jakimi można opisać pierwszego proboszcza parafii mariackiej w Kołobrzegu.
„Dziekan” lub „Prałat” – tak najczęściej mówiliśmy i wszyscy w Kołobrzegu dokładnie wiedzieli o kogo chodzi. Dla jednych wydawał się być trochę szorstki, trudny, wymagający, czy impulsywny, którego najbezpieczniej było omijać szerokim łukiem, ale dla innych (raczej dla tej zdecydowanej większości) był człowiekiem nietuzinkowym, charyzmatycznym, wartościowym, wręcz wybitnym, ale i… ciepłym. Pytanie, które można sobie postawić na wstępie mogłoby brzmieć: dlaczego to właśnie ks. Józef Słomski został wybrany przez biskupa Ignacego Jeża do odbudowy bazyliki? Odpowiedź powinna być całkiem prosta: bo któż, jak nie on? Wydawało się bowiem, że w czasach PRL-u próba odbudowy i podniesienia z gruzów tak monumentalnej świątyni jest prawie niewykonalna, ale to jednak ks. Prałat – jak biblijny Dawid podjął wyzwanie i ruszył do walki z „Goliatem”. I wygrał ją, dzięki swojemu uporowi, konsekwencji, organizacyjnym zdolnościom, a nawet zwykłemu sprytowi. Bóg więc dobrze wiedział kogo posłać… O Księdzu Prałacie można powiedzieć: człowiek – orkiestra, ponieważ łączył w sobie jednocześnie dwie zasadnicze cechy: wielkiego budowniczego kościoła murowanego – z cegły budowanego, z umiejętnością tworzenia duchowej świątyni i całej wspólnoty parafialnej. Był dobrym gospodarzem, ojcowskim okiem doglądał i troszczył się o wszystko, praktycznie o każdej porze dnia widywany był wciąż na terenie katedry. Dużo wymagał zarówno sam od siebie, jak i od innych. To prawda, miał dość trudny charakter, ale mimo wszystko był towarzyski i otwarty na ludzi. Lubił zaczepiać niektórych parafian, zatrzymać się na chwilę rozmowy, by czasem zapytać nawet o mało istotne sprawy i wtedy potrafił zadziwić dobrą znajomością sytuacji osobistej rozmówcy. Miał niezwykłą pamięć do nazwisk, zdarzeń i dat. Można było przyjść do niego z każdą sprawą, był dostępny i codziennie obecny w kancelarii parafialnej od godz. 16:00. Zawsze starał się wysłuchać, ale czasem zdecydowanie mówił „nie”. Potrafił mówić prawdę prosto w oczy, niekiedy z tak charakterystycznym dla siebie humorem i żartem, że trudno było się na niego gniewać. Często też „groził” palcem, jednocześnie uśmiechając się życzliwie. Bywało niekiedy, że zagalopował się jednak w swojej impulsywności, ale po jakimś czasie umiał przyznać się do błędu, a nawet przeprosić. Wbrew wszelkim pozorom ks. Prałat był człowiekiem skromnym, pokornym, nie lubił dostawać bukietów kwiatów, pochwał i jakichkolwiek wyróżnień. To był kapłan, który miał w sobie dużo empatii, wrażliwości oraz współczucia dla ludzi chorych i będących w potrzebie. Ks. Prałat gromadził w sobie ogromne pokłady także tej fizycznej energii i, co ciekawe – był świetnym graczem w tenisa stołowego! Mało kto umiał z nim wygrać. Ks. Józef Słomski kochał dzieci i to im poświęcał wiele swojej uwagi jako proboszcz – pewnie dlatego w nie inwestował, ponieważ dobrze wiedział, że to one będą kiedyś przyszłością Kościoła i całego Narodu. Był także estetą, miłośnikiem piękna, muzyki, kultury i sztuki. Sam również potrafił grać na organach, pięknie śpiewał, wyczuwał swoim wrażliwym uchem każdy fałsz. Bardzo dbał o porządek i czystość w katedrze. Któż z nas nie pamięta czerwonej pasty do podłogi, która brudziła noski wszystkich butów i jasne rajstopy, czy spodnie na kolanach? Do dzisiaj czuję jeszcze ten charakterystyczny zapach pasty zmieszany z zapachem kadzidła, gdy wchodziło się do świątyni w ciągu dnia. Ks. Prałat miał też jakiegoś „nosa” do ludzi – wiedział z kim rozmawiać, jak i gdzie coś załatwić.
Umiejętnie rozmawiał i wykorzystywał możliwości i talenty otaczających go ludzi oraz swoich parafian. Umiał zmobilizować do pracy, do zaangażowania, niektórych obdarzał wyjątkowym zaufaniem. Potrafił też wycisnąć z upatrzonych sobie ludzi jakąś wartość, o której może nawet oni sami nie mieli pojęcia. Ja także doświadczyłam takiego wyciągnięcia z tłumu „za uszy”, gdy któregoś razu – nie wiadomo dlaczego zlecił mi napisanie tekstu powitania biskupa w imieniu młodzieży. Miałam wówczas zaledwie 15 lat, byłam cichą i nieśmiałą nastolatką. Nie wierzyłam, że jestem w stanie cokolwiek wartościowego napisać, ale nie chciałam zawieźć swojego proboszcza i pokładanych we mnie nadziei, więc spróbowałam… Tekst poszedł do „cenzury” ks. Prałata, który ku mojemu zaskoczeniu nie zmienił i nie poprawił w nim ani jednego słowa. Od tamtej pory otrzymywałam coraz więcej zleceń na pisanie przemówień, powitań i życzeń. Największym jednak wyróżnieniem dla mnie było napisanie powitania prymasa Polski Józefa Glempa na dzień konsekracji naszej konkatedry w październiku 1984r. Już jako nastolatka otrzymałam od ks. Prałata żartobliwą ksywkę „pani profesor” i tak się do mnie zwracał przez blisko 40 lat. Zresztą wielu parafian miało „pseudonimy” nadane przez ks. Proboszcza – najczęściej stosownie do wykonywanych zawodów lub zakwalifikowania prze niego do konkretnej grupy ludzi.
Któregoś grudniowego dnia podszedł do mnie z zaskakującą propozycją: „od jutra poprowadzisz lekcje religii…” Okazało się, że nagle zachorowała jedna z katechetek i potrzebne było pilne zastępstwo, na tydzień, może dwa. Nie wierzyłam własnym uszom: „Jak to, ja???” I użyłam wszystkich możliwych argumentów, by odmówić, by udowodnić, że nie mam żadnego doświadczenia, że się do tego zadania w ogóle nie nadaję, po prostu nie potrafię! Nie chciał jednak mnie słuchać tylko zakończył rozmowę stwierdzeniem: „Zaczynasz jutro o 8:00 rano. Przygotuj katechezę o Św. Mikołaju” (bo było to dokładnie 5 grudnia). Można więc powiedzieć, że z „namaszczenia”, prosto z ulicy, z drżącym sercem poszłam już nazajutrz na pierwszą w życiu lekcję religii – do salki przy małym kościółku. Ks. Prałat przyniósł mi potem kilka książek i materiałów pomocniczych do pracy katechetycznej, ponieważ okazało się, że musiałam zastąpić poprzedniczkę nie tylko przez tydzień, dwa, lecz przez kilka następnych miesięcy. Proboszcz dość szybko wysłał mnie na Studium Katechetyczne, następnie na Wyższy Instytut Wiedzy Religijnej do Koszalina. Aby w siebie dalej zainwestować podjęłam studia na Akademii Teologii Katolickiej w Szczecinie. Dzięki Prałatowi, który we mnie uwierzył wpadłam w wir pracy jako katechetka. Okazało się, że miał rację, prawie natychmiast odnalazłam się w tej pracy i poczułam się jak ryba w wodzie. Wiedziałam odtąd, że jest to moje powołanie. Taki był właśnie ks. Prałat Józef Słomski: wierzył w ludzi, mobilizował, wymagał i obdarzał zaufaniem. Kiedy przeszedł na emeryturę odwiedzałam go czasami w jego mieszkaniu w Domu Księży Emerytów. Zawsze szeroko otwierał drzwi dla swoich gości, raczył wszystkich herbatą oraz długimi opowieściami i wspomnieniami. Żartował, opowiadał anegdoty. Można się było od niego sporo dowiedzieć, ale i nauczyć. Ks. Prałat kochał bowiem Kościół, kapłaństwo, ludzi oraz dzieło swojego życia – kołobrzeską bazylikę.
To co napisałam wygląda trochę jak laudacja na cześć pierwszego proboszcza naszej parafii, ale coraz bardziej jestem przekonana, że śp. ks. Józef Słomski zasługuje nie tylko na krótkie wspomnienia swoich parafian, ale na wydanie książki, która mogłaby być dla potomnych zbiorem cennych świadectw o życiu tego niezwykłego kapłana oraz honorowego obywatela naszego miasta.
Marian Jagiełka
Wspomnienia ze współpracy z księdzem Prałatem Józefem Słomskim, wieloletnim Proboszczem Parafii p.w. Niepokalanego Poczęcia NMP Bieżącą bliższą współpracę z księdzem Prałatem podjąłem w czasie przygotowań do uroczystości milenijnych z okazji 1000 – lecia Chrztu Państwa Polskiego w 1966 roku.
Z tej okazji rozpoczęliśmy wspólnie przygotowania Katedry Kołobrzeskiej do tych uroczystości. Za zgodą ówczesnego biskupa diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej ks. Mariana Gołębiowskiego podjęliśmy w Katedrze budowę empory pod zamontowanie organów. Sam montaż bardzo sprawnie zorganizował ksiądz Prałat. Instrument ten został sprowadzony do Kołobrzegu z pomocą państwa Rutten – Stachula z Holandii. W wyniku naszych wspólnych starań sprowadziliśmy jeszcze dwa instrumenty organowe z Danii z myślą o wzbogaceniu posiadanego już instrumentu. Z przyczyn technicznych ten zamiar się nie powiódł i w/w instrumenty ksiądz Prałat przekazał do kościołów w Ustroniu Morskim i parafii p.w. Miłosierdzia Bożego w Kołobrzegu. Te działania zostały jeszcze wzbogacone powstaniem pomnika 1000-lecia Państwa Polskiego. Była to inicjatywa Kołobrzeskiej Izby Gospodarczej, dla której ksiądz Prałat stworzył życzliwy klimat.
W/w działania sprawiają, że z ogromnym szacunkiem odnoszę się do zasług księdza Prałata we wzbogacaniu wizerunku naszej Katedry.
Ks. Dariusz Jaślarz
Był rok 1998. Prałat Słomski przyjął mnie oschle i nader niechętnie. Ponieważ dekret bp Gołębiewskiego był dość enigmatyczny, bo stało w nim, że mam się zająć młodzieżą akademicką w Kołobrzegu (sic!) i mieszkać w Ośrodku CARITAS p.w. Aniołów Stróżów w tym mieście, a jednocześnie pełnić funkcję wikariusza w bazylice. Nie wyobrażałem sobie tego, by mieszkać w Caritas’ie, a pracować w konkatedrze. Dojeżdżać? Dochodzić? Postawić namiot w połowie drogi?! Szczegółów dalszych zmagań nie opiszę. Do tej pory jest to dla mnie trudne wspomnienie. No może trudne, jak trudne, ale nie wiem, czy któryś ksiądz takie miał. Nie byłem na liście lokatorów plebanii, więc Ksiądz Prałat zgodził się, bym ewentualnie zamieszkał w pokoiku nad kuchnią plebanii. Za lokum byłem wdzięczny, ale za całą towarzyszącą temu atmosferę już nie. Dlatego zamurowało mnie w chwili, kiedy po roku, Ksiądz SŁOMSKI wręczył mi klucze do … swojego mieszkania w wikariacie. – W każdej chwili ma się ksiądz stamtąd wyprowadzić – to powtarzał, jak różaniec. – To jest moje mieszkanie na starość – mawiał. A w Kołobrzegu dudniło, że ma pobudowane domy i forsy, jak lodu. Ciekawe, czy ci, którzy takie wieści rozpowszechniali, widzieli ten przepych w jego starczych latach? I tę forsę. I te domy…
Najtrudniejszy był rok 2000, kiedy na plebanii łyżki i widelce latały pod sufit. Tak strasznie się kłóciliśmy o kształt uroczystości milenijnych. A potem była śmierć Jana Pawła II, kiedy proboszcz nie chciał otworzyć katedry na nocne czuwanie. Przypomniałem to sobie klęcząc przy trumnie Prałata w nocy. – Ale by nas stąd pognał! – myślałem, dość zwariowanie, jak na tę eschatologiczną chwilę (nie)przystało. Prałat mawiał: – Chociaż w nocy dajcie Panu Bogu odpocząć. Noc jest od spania! – zawsze tak się denerwował. Ale wtedy, po jego odejściu, uśmiechałem się do trumny i myślałem: – Widzisz ojcze, trochę cię tylko nie ma , a już wszędzie panuje bałagan. Ksiądz Prałat sfinansował zupełnie spontaniczny wyjazd chętnych na pogrzeb papieża, Polaka. Pobłogosławił nam i odprawił. A my w tym autokarze, mając świadomość, że możemy w ogóle nie dotrzeć na miejsce – komunikaty w mediach bardzo zniechęcały, a wręcz odradzały podróż do Watykanu – byliśmy bardzo dumni z naszego proboszcza! Był z nami sercem. A my będąc na Placu Świętego Piotra krzyczeliśmy wraz z innymi przybyłymi z całego świata: Santo subito!
Sprawy Kościoła, a szczególnie tego kościoła były dla niego bardzo ważne: – Teraz będą odnawiane zabytkowe żyrandole, teraz będzie budowana empora organowa, teraz pojadę po organy do Holandii, czy Belgii, teraz będą witraże, a teraz będą świeczniki i krzyż przy ołtarzu… – objaśniał mi przy stole. A ja w jego oczach widziałem iskry.
Patrzyliśmy na niego – my wikariusze – i chyba zazdrościliśmy tej pasji, która zdradzała, że nie jesteśmy tu, w Bazylice tak zakorzenieni, jak on. On tu był wszystkim, kim był!
Jest adwent. Z zegarkiem w ręku wszyscy księża mają być w konfesjonałach. Nie ma zmiłuj, że przed momentem przyszedłeś ze szkoły. Szesnasta zero, zero. Jeśli przyjdziesz minutę później, masz zagwarantowane, że przez najbliższy miesiąc Prałat będzie cię traktował, jak powietrze. Nie będzie cię. Raz był wyjątek. Jeden z kolegów, w czasie rekolekcji adwentowych, kiedy kolejki do konfesjonałów owijały się wokół filarów, nie musiał spowiadać. Otrzymał polecenie zawiezienia prałata po figury do szopki. Ksiądz Słomski zauważył je na trasie Szczecin – Kołobrzeg w jakimś przydrożnym, wiejskim ogrodzie. Były na sprzedaż i chyba zaimponowały mu wzrostem… Były prawie jego wielkości.
Boże Narodzenie. Szopka między innymi z tymi figurami stoi w nawie południowej (od strony plebani. W tej nawigacji prałackiej zostałem dobrze przeszkolony). Wszystkie dzieci biegną do szopki, by zobaczyć Jezuska. Są zachwycone! Stojący przy ołtarzu proboszcz, widząc „odpływ” zainteresowania, wzywa do powrotu: „Dzieci, tam nie ma Boga! Bóg jest TU! !” Maluchy chyba oniemiały, ale dzięki „zachęconym” do działania siostrom felicjankom, powróciły na właściwe miejsce.
Katedra wypełniona ludźmi. Wikariusz coś duka na kazaniu. Znów jestem w konfesjonale. Przed nim, naprzeciwko mnie staje roztrzęsiony prałat. – Powiedzieć mu, niech usiądzie na dupie. Niech książkę jakąś przeczyta. Nie pozwolić, zabronić, żeby takie idiotyzmy ludziom opowiadał – wołał na cały głos. Uprzejmie przepraszam za nieeleganckie słowa. Zapewniam jednak, że cytuję dosłownie i zaręczam, że „owo” słowo zostało przez niego dobitnie wypowiedziane. Nie należy się zatem dziwić, że znaczna część uczestników Mszy św. odwróciła się tyłem do ołtarza z otwartymi buziami!
Przed Bożym Ciałem „mówił” do nas, wikariuszy: „Zdejmować te sukienki. Do roboty!”
Czy się pastwię nad Prałatem Słomskim? Przecież w zasadzie każdy dzień przynosił jakieś podobne rewelacje.
Otóż, nie. Chciałbym mu je przeczytać, by te fakty potwierdził, a przy okazji dobrze się pośmiał. A śmiał się równie często.
Kto to był? Dlaczego dziś ja, stary proboszcz wracam do jego słów, myśli, a nawet zachowań. Dlaczego dziś myślę, że był genialny, że miał niespotykaną osobowość?
On wiedział, że jest budowniczym, ale i duszpasterzem. Miał tego świadomość, i mówił o tym w wielkiej pokorze. I czasem na ucho. I czasem z płaczem. Widziałem to. Słyszałem to.
Za jego czasów nasza katedra miała duszę! To był prawdziwy Namiot Spotkania z Bogiem. Namiot adoracji. Namiot kadzidła (i czerwonej pasty, od której bolała głowa, a kobietom brudziła buty) i płonących świec. To była Arka Przymierza. Dom pojednania i Łaski. Przystań wytchnienia.
Tak to z wdzięcznością wspominam. Tego nie da się zapomnieć!
Każda wielka liturgia, kościelna i patriotyczna, była przez niego przygotowywana z wielką pieczołowitością, uwzględniającą najmniejszy szczegół, detal. Każde jego kazanie wzywało do namysłu. Każdy ksiądz powie: było Boże!
Pod pancerzem szorstkości był bardzo mądrym, bystrym i … bardzo czułym, wrażliwym i delikatnym… człowiekiem.
Jeden z dowodów:
Dzwoni telefon w mojej wikariatce (stacjonarny, wewnętrzny). Prałat Józef: – Czy ksiądz się na mnie obraził. Nie było księdza na kolacji. Czy nie uraziłem księdza jakimś nieopatrznym słowem – pytał. Przychodziłem na kolacje, bo miło było pogadać, pośmiać się, wspólnie poplanować pracę… Ale wiedziałem też, że prałat będzie miał kolejne odsłony swojej opowieści. Przychodziłem, bo było to pasjonujące i serdeczne. Kiedy zostawaliśmy sami…. Pokazywał zdjęcia z odbudowy bazyliki: ”…a te kaski na głowie, a blachy ile położonej, i jak zdobytej, i że ratusz też skorzystał…”. Snuł zatykającą w piersiach opowieść o trudzie, walce, zniechęceniu, powstawaniu, Jak średniowieczny rycerz. On coś takiego w sobie miał: z gabarytów niewielki, ale pod zbroją – rycerz. Kopie kruszyć. Dzień po dniu, opowiadał z ogromną pasją, jak wyglądał każdy milimetr odbudowy naszej bazyliki. I tylko dlatego, że słowa proboszcza były tak osobiste, nie nagrywałem ich. A może należało…?
Przy okazji tych kolacji, też zdarzały się hity. Starszy ode mnie wikariusz długo się w sobie zbierał, by „wygarnąć” proboszczowi, co o nim myśli. Któregoś wieczora mówi do Prałata: ” Proszę księdza prałata,. Jest rok „Boga Ojca”. My chcielibyśmy patrzeć na księdza, jak na ojca. A ja nie chciałbym mieć takiego ojca, jak ksiądz”. Pomyślałem wtedy: „ Tsunami nadchodzi. W zasadzie już jest. Miej nas Panie w swojej opiece!”. Spodziewałem się absolutnej katastrofy. Ale, ku mojemu zdumieniu, Prałat nie przeszkadzał sobie w jedzeniu. Odłożył kulturalnie sztućce na „20 po” na talerzu, jak należy. I ze spokojem powiedział: „ Proszę księdza! Ksiądz nigdy nie chciałby mieć takiego ojca, a ja nigdy nie chciałbym mieć takiego syna!” I wyszedł.
Murowane cegły go nie opluły. Opluwali go ludzie. Nawet księża. Dlatego ubrał zbroje wojownika.
Ja, przez 7 lat bycia wikariuszem w Bazylice, „przeżyłem” 13 wikariuszy. „Przeżyłem” i przeżyłem, bo przecież piszę. Osobowości i osobliwości ciekawe, ze mną włącznie. Policzyłem: Prałat Józef Słomski miał 156 wikariuszy w Kołobrzegu. Załóżmy, że co dziesiąty powiedział mu: „Nie chcę mieć takiego ojca!”. A co piąty, tak pomyślał. Dziś, z mojej perspektywy proboszcza, mówię: Ale, Przewielebny Księże Prałacie byłeś wyrozumiały!
– Drzwi i serce są zawsze dla księdza otwarte – mówił mi do słuchawki z Domu Emeryta. Zawsze był przygotowany. Kanapeczki i klasa. Nidy nie przekroczył granicy szacunku. Nigdy ja mu też nie powiedziałem: – Józek, ale jesteś fenomenalnym chłopem z Żurowej. Do końca jego życia mówiłem z poważaniem. – Proszę Księdza Prałata, niech mi Ksiądz doradzi, podpowie. Co Ksiądz Prałat o tym, o tamtym myśli…- takie prośby z mojej strony padały w kierunku niezwykle szanowanego przeze mnie nestora.
Dość powiedzieć: W mojej parafii, podczas śpiewu na zakończenie liturgii, do dziś stoję przed ołtarzem przynajmniej do odśpiewania refrenu pieśni. Tak kazał ś.p. Prałat Józef, mówiąc do celebransów: „ Co się dziwicie, że ludzie z kościoła wychodzą, skoro wam się nie chce postać do końca zwrotki?!”
To był kapłan, z którym mógłbym przestać przed ołtarzem całe „Te Deum” mojego życia.
Ksiądz Prałat Józef Słomski ten hymn odśpiewał właśnie tak, jak średniowieczny rycerz na polu bitwy: z pełnym zaangażowaniem, mądrością, ale i zawziętością. Miał strategię. Nie fałszował. Był autentyczny. Jedni go za to kochali, ale inni to już nie…
ks. Dariusz Jaślarz
Joanna Bober
To już 8 lat od śmierci księdza prałata Józefa Słomskiego. Brakuje go w naszej katedrze, nie widać go też w małym kościółku, w którym ostatnie 10 lat spędzał odprawiając msze św. z księżmi emerytami i mieszkając w pobliskim Domu Księży Emerytów.
Nie słychać już jego śpiewu, nie ćwiczy pieśni z dziećmi i z dorosłymi, nie dyryguje organistami, nie zarządza wikarymi ,nie „musztruje” rodziców dzieci pierwszokomunijnych, nie organizuje mnóstwa uroczystości w bazylice z udziałem przyjezdnych księży, biskupów, a nawet kardynałów.
Nie pilnuje, aby katedra lśniła czystością, nie prosi nikogo z nas, aby pomóc w pastowaniu posadzki, nie poświęca czasu na upiększanie naszej świątyni różnymi elementami wystroju wnętrz, po tym jak heroicznym wysiłkiem w czasach głębokiego PRL-u podniósł bazylikę z ruin i przywrócił jej piękny sakralny charakter, usuwając na wstępie wojskowy sprzęt okupujący wnętrze kościoła.
To były trudne czasy dla Polski ,dla Kościoła i dla ludzi wierzących. Kto przeżył tamte dni, doskonale pamięta, jak dzień po dniu za przyczyną ks. prałata i oczywiście robotników zmieniał się wygląd bazyliki. Najpierw kładziono posadzkę, restaurowano filary, sklepienia, zakupiono ławki, ołtarz, podniesiono dach i wieże, zawieszono dzwony oraz zamontowano wszystkie pozostałe elementy dekoracyjne, łącznie z wstawieniem różnobarwnych witraży.
Ksiądz prałat Józef Słomski to człowiek niewielkiego wzrostu, ale o ogromnej sile charakteru, energii, pracowitości i dyscyplinie ,której wymagał zarówno od siebie, jak i od swoich współpracowników. Nie zaniedbywał jednak również działalności duszpasterskiej ,spędzał wiele czasu w konfesjonale, dbał o formację młodzieży i ludzi dorosłych. Szczególnie jednak kochał pracę z dziećmi, przekazywał im wiedzę na temat Jezusa, Maryi i świętych, z wielką pasją uczył pieśni i niezmordowanie ćwiczył je z całą parafią i kuracjuszami.
Z tamtego okresu pamiętam najpiękniejsze najbardziej melodyjne pieśni, które obecnie zostały wyparte przez inne, nowe….
To za jego czasów mogliśmy spotykać się w różnych grupach parafialnych (oaza, schola, grupy modlitewne). Parafia tętniła życiem również dzięki księżom pasjonatom ,którzy zawsze mieli dla nas czas.
Z wielką nostalgią wspominam młodzieńcze lata, wyjazdy zagraniczne, pielgrzymki, spotkania w salkach, śpiewanie w scholi, uczestnictwo w mniejszych i całkiem wielkich wydarzeniach parafialnych i zawsze pod okiem księdza dziekana.
To był cudowny czas!!!
To był inny świat!!!!
Cóż, czas płynie….
Nikt nie jest wieczny na tej ziemi, każdy musi odejść do wieczności do Pana Boga. Ziemska pielgrzymka zakończyła się również i dla księdza proboszcza Józefa Słomskiego 8 lat temu 14 marca 2018 roku. Pożegnały go katedralne dzwony, pożegnali go kapłani, biskupi, siostry zakonne, pożegnaliśmy go i my – parafianie.
Podziękowaliśmy za tyle wspólnie przeżytych tu lat, za ofiarną pracę, za poświęcenie, za uśmiech, dobro słowo, ale też za wzruszenia, których niejednokrotnie podczas kazań i różnych uroczystości nam dostarczał. Zapewniliśmy go o naszej pamięci i modlitwie za jego duszę ,aby Pan Bóg wynagrodził mu niebem całe jego kapłańskie życie i wyraziliśmy nadzieję, że kiedyś spotkamy się, by razem pięknymi pieśniami, tak ukochanymi przez niego, chwalić Boga na wieki.
Dziś pozostają wspomnienia oraz tęsknota za obecnością księdza proboszcza oraz żal, że nie jest nam dane zapalić świeczki i złożyć kwiatów na jego grobie w naszym mieście, dla którego tyle poświęcił i którego został honorowym obywatelem.
Jednak hen, na drugim końcu Polski, w Żurowej, gdzie spoczęło jego ciało, wyryto na nagrobku kontury naszej i zarazem jego ukochanej kołobrzeskiej katedry.
Niech to dzieło jego życia podąża za nim aż po krańce naszej Ojczyzny od morza aż po góry.
Lech Pieczyński
Pierwsze spotkanie ze św. p. księdzem prałatem Józefem Słomskim to kolęda w naszym domu. Do dziś pamiętam mój zeszyt od religii, który obowiązkowo musiał w ten dzień leżeć na stole.
Po latach – spotkanie w biurze parafialnym na Katedralnej obok małego kościoła i ustalenia dotyczące sakramentu małżeństwa. To miejsce nad rzeką jest mi szczególnie bliskie, pewnie dlatego, że tam chodziliśmy lata całe po lekcjach przez pusty jeszcze plac na religię.
Później, kiedy zamieszkałem w centrum, katedra stała się moim kościołem parafialnym. Ksiądz Prałat był zawsze na ostatniej niedzielnej mszy świętej i oczekiwał w zawsze tym samym konfesjonale.
Kiedy na powrót wróciłem do mojego rodzinnego miasta kompania honorowa Zespołu Szkół Morskich uczestniczyła w czasie liturgii z okazji świąt państwowych, a katedra na całe lata była miejscem, gdzie mszą świętą rozpoczynaliśmy uroczystość ślubowania Uczniów klas pierwszych, by później z godnością i pełni sił udać się pod ratusz lub do portu jachtowego na dalszą część uroczystości.
Niedługo później, związanemu przez wiele lat z naszą katedrą, księdzu Dariuszowi Jaślarzowi udało się zjednać znaczącą grupę w spotkaniach duszpasterstwa nauczycieli. Myślę, że nie tylko dla mnie dzieło księdza Darka było wielkie. Poprzedzone mszą świętą spotkania były miejscem do uczestnictwa w spotkaniach z wykładowcami. Kiedy ksiądz Dariusz został proboszczem parafii w Manowie z wieloma zaproszonymi uczestniczyłem tam w uroczystej mszy świętej. Niedaleką podróż odbyliśmy z księdzem prałatem moim samochodem. Z rozmowy pamiętam, że nasze duszpasterstwo było księdzu prałatowi bliskie.
Od tego czasu byłem już częściej gościem księdza prałata w domu księży emerytów. Dla mnie miejsce ma osobiste znaczenie. Tam w małym kościele, bo tak się pewno i dziś mówi, ślubowali moi rodzice, tam ja, a wcześniej mój brat byłem ochrzczony, przystąpiłem do pierwszej komunii świętej, tam udzielono mojej żonie i mnie sakramentu małżeństwa.
Napisałem, że częściej bywałem u księdza prałata. Według niego przychodziłem za rzadko. Na moje tłumaczenia, że dużo zajęć, że oświata to dla rządzących nieustający (i moim zdaniem psujący szkołę) poligon reform, przytaczał swoją rozmowę z księdzem kardynałem Ignacym w czasie jego wizyty w Kołobrzegu. Na pytanie co tam słychać odpowiedział podobnie do mnie – nie ma czasu, a kiedyś czas płynął wolniej. Słynący z poczucia humoru ówczesny biskup diecezjalny powiedział: sto lat temu godzina miała sześćdziesiąt minut i dziś też, ty się Józefie po prostu za wolno ruszasz. Co powiedzieć? Nic tylko przekazywać tę opowieść innym. W czasie, kiedy ksiądz prałat był proboszczem katedry po raz kolejny w wymiarze osobistym to także miejsce chrztu naszego młodszego syna i pierwszej komunii świętej starszego.
…
To już osiem lat jak ksiądz prałat jest w lepszym świecie, a ja mam w pamięci wspólne rozmowy w Jego mieszkaniu nad rzeką. Ksiądz prałat był mistrzem w łacinie. Podpowiadał prawidłową odmianę. Dokonywaliśmy rozbioru zdania na części mowy. Nie było spotkania bez sentencji. Nauczyciel starej daty – wymagający. Jednak przede wszystkim od siebie. Obowiązkowe były moje wizyty 19 marca w dzień św. Józefa. Ksiądz prałat zawsze pytał, czy aby nie zapomniałem o tym, że świętowała imieniny dwa dni wcześniej pani profesor Zbigniewy Buszta – mojej wspaniałej wychowawczyni z liceum, tak gnębiona i tak niszczona przez poprzedni system. Nie mogło mnie u pani profesor nie być z życzeniami.
I na sam już koniec. Nie byłoby takiego kościoła w Kołobrzegu, gdyby nie ksiądz prałat. Ile trzeba siły, by podnieść z ruin do świetności takie miejsce. Także, a może przede wszystkim w wymiarze duchowym.
Dla mnie postać księdza prałata oddają najlepiej jego wspomnienia w książce z Podgórza nad Bałtyk wydane przez kołobrzeską Kamerę. Na pierwszej stronie okładki zdjęcie księdza prałata w konfesjonale – takim Go będę pamiętać. Wymiar symbolu ma dla mnie jednak zdjęcie z ostatniej strony, niezwykłe. Jak każde zdjęcie Mistrza Roberta Gauera. Inne być nie mogło.
Przypomniałem sobie o tym zdjęciu w dzień pożegnania księdza prałata. Po uroczystej liturgii z pięknymi słowami księdza kanonika Józefa Potyrały, przed katedrą obsypany kwiatami karawan z trumną księdza prałata i wypowiadane wśród rzeki ludzi słowa zostań z nami, zostań z nami.
Nie wiem dlaczego stało się inaczej… I to zdjęcie z ostatniej strony okładki.
Sit Tibi terra levis. Requiescat in pace.
Lech Pieczyński
Maria Sołoducho
Jestem kołobrzeżanką, tu chodziłam do szkoły, a na lekcji w tym czasie do małego kościoła nad rzeką.
Pamiętam Kołobrzeg w gruzach, a potem po ich wywiezieniu powstające skwerki z ławeczkami i zielenią. A nad nimi górowały ruiny naszej konkatedry. Po uporządkowaniu gruzów do tego „obiektu”, według ówczesnej nomenklatury , wprowadziło się Muzeum Oręża Polskiego.
Wreszcie nadszedł rok 1972- powstanie diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej, a proboszczem w naszej parafii został mianowany jako administrator ks. Józef Słomski. Po wielu staraniach dopiero po dwóch latach parafia w pełni przejęła zrujnowaną konkatedrę.
Bliżej z ks. proboszczem Słomskim spotkałam się w Szkole Podstawowej nr 8 , kiedy przez rok uczył tam religii, a ja także byłam tam nauczycielką. To wtedy ks. Słomski pobłogosławił i zawiesił w mojej sali lekcyjnej krzyż zakupiony przez rodziców, Ten krzyż wisiał w niej aż do czasu mojego przejścia na emeryturę.
Jako przewodnik oprowadzałam wycieczki, szczególnie grupy dziecięce, po Bazylice. Wtedy to często spotykałam ks. prałata Słomskiego, który jako proboszcz, a później jako emeryt, odwiedzał swoją Bazylikę, którą podniósł z gruzów do „świetności”.
Miłe były te Jego spotkania z dziećmi. Opowiadał im o różnych ciekawostkach związanych z naszym kościele:
– o znakach na płytach nagrobnych zawieszonych na ścianie w nawie południowej,
– o tym, że te znaki opisywały gmerki mieszczańskie,
– albo listy i dokumenty mieszczańskie.
Któregoś dnia będąc z dziećmi mojej klasy w konkatedrze, ks. prałat pokazał nam krzyż, który wisi w zakrystii, pochodzący z roku 1330-go, i opowiedział jego historię. Ten krzyż jest najstarszym ruchomym zabytkiem w naszej konkatedrze. Wtedy zobaczyłam go po raz pierwszy.
Te i inne wiadomości były cenne również dla mnie, ponieważ wzbogacały moje opowieści jako przewodnika o naszej pięknej Bazylice.
Dziękujemy Ci, ks. prałacie Józefie Słomski, że nie bałeś się walczyć o należne miejsce do wiary w naszym mieście. Za to, że budowałeś Kościół nie tylko z cegły, ale przede wszystkim ten duchowy, wspólnotę ludzi wiary.
Piotr Pasikowski
Nawzajem, proszę księdza!
Trudno mi było się zdecydować, aby tak w dwa dni pozbierać myśli i napisać coś sensownego o kimś ważnym dla historii miasta, kto miał wpływ na moje życie osobiste oraz zawodowe. Kogo się tak po prostu szanowało. Nie zdobędę się na głębokie analizy osobowości i oceny, mogę jednak z dawnych czasów rzucić garść wspomnień. Robię to z przyjemnością.
Na początku lat siedemdziesiątych ksiądz Józef Słomski liczył sobie około czterdziestu lat, ja około siedmiu, kiedy po raz pierwszy doszło między nami do wymiany zdań. Było to w małym kościele nad rzeką, jednym z dwóch czynnych kościołów w powojennym Kołobrzegu. Był zawsze pełny, jak pamiętam. Na zakończenie Mszy ksiądz pożegnał się z wiernymi błogosławieństwem i dodatkowo słowami: Smacznego obiadu! Stojąc na dole, przy stopniu ołtarzowym, odpaliłem odruchowo na cały głos: Nawzajem!
Panował zwyczaj, że dzieci siadały na schodku, pomiędzy księdzem a czujnym wzrokiem rodziców, a i tak się szturchaliśmy, zabieraliśmy sobie czapki i pokazywaliśmy, jaki dostaliśmy pieniążek, aby wrzucić na tacę. Dopiero po minach dzieci wokół mnie zrozumiałem, że tym razem coś tu zaszło za daleko.
Spojrzałem na księdza. Uśmiechał się do mnie i powoli groził podniesionym palcem. Ten krótki epizod wystarczył, abym przestał być dla niego anonimowym dzieckiem. Potem już nasze spotkania i ,,niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” kończyły się na ogół krótką zaczepką ze strony księdza lub chociaż uśmiechem. Miałem poczucie, że mnie zna.
Dla dziecka świat religii jest tajemniczy, pociągający, bajkowy. Bóg, dusza, życie pozagrobowe… To fascynuje. Księża, siostry zakonne i kościoły przynależą do tej fantastycznej rzeczywistości. Zdarzyło się nawet, że jako kilkuletnie dzieci wyprosiliśmy od rodziców po złotówce, aby tak w trakcie zabawy całą podwórkową grupą pójść sobie do kościoła. To nie było blisko. Z okolic dzisiejszej restauracji ,,Barka”, jak mi teraz nawigacja podpowiada, jest to… zaledwie dziewięćset metrów, ale wtedy wyprawa przez całe miasto. Po wejściu do kościoła szukaliśmy siostry, aby jej zapłacić za wstęp. Wytłumaczyła nam, co to jest dawanie na tacę. Cóż, dzięki próbie samodzielności zdobyliśmy naukę.
Do rangi bohatera życia codziennego ks. Józef Słomski urósł w moich oczach, gdy ruszyła odbudowa katedry. Podsłuchiwałem rozmowy rodziców o tym, jak proboszcz sprytnie zarządza pracami. I to w politycznej kontrze do komunistycznych władz. Rodzice byli przekonani, że oprócz wykształcenia duchownego, jest też inżynierem. Nie było Wikipedii, aby to sprawdzić, plotka miała się dobrze, a przecież nikt nie miał odwagi, aby osobiście pytać Taką osobę o wykształcenie. Organizował spod ziemi materiały budowlane, czuwał nad projektem, zdobywał zgody, pozwolenia i pieczątki. Trzymał wszystko w garści.
Po powrocie ze studiów, zastał mnie inny świat. Zostałem dziennikarzem, któremu przyszło przyglądać się upadkowi wielkich przedsiębiorstw i nazwisk, utracie potęgi przez dotychczasowych królów życia. Pojawiały się za to nowe nazwy firm, nowi baronowie pewni siebie, butni i gwałtownie bogaci. Wszystko działo się w jakimś szale zmian, włącznie z sypaniem przez kupców solą w oczy policjantów, likwidujących targowisko na parkingu za Fregatą i strzelaniną w lombardzie na ul. Wojska Polskiego, gdzie zginął między innymi Robert, mój kolega z podstawówki.
A ks. Józef Słomski był, jaki był. Moja spowiedź przedślubna nie spodobała się księdzu nie ze względu na grzechy, bo na nie był pewnie przygotowany jako doświadczony kapłan, lecz na termin. Był to czas bardzo krótki przed ślubem. Za krótki zdaniem księdza i dostała nam się za to reprymenda.
Pióro młodego redaktora ,,Głosu Pomorza” było czasem za ostre. Byłem zbyt przekonany o swojej misji dziennikarskiej, nie wiedziałem o życiu tyle, co teraz i patrzyłem na świat czarno-biało. A trzeba dostrzegać niuanse. Ofiarą jednego z tekstów, których napisania żałuję, został ks. Józef. Wytknąłem mu, że podczas organizowania placu budowy w czasie kolejnego remontu bazyliki, ustawił bez zgody nadzoru budowlanego tymczasowe obiekty. Miałem rację, ksiądz te baraki kazał rozebrać, ale nie omieszkał zadzwonić do mnie do redakcji. Był spokojny, łagodny i powiedział mi kilka takich słów, że nadal we mnie pracują. Dzięki nim dzisiaj mniej mi zależy na tym aby mieć rację, wolę relację.
Gdy do bazyliki przywieziono z Holandii organy, aby ich brzmienie z nowo w tym celu wybudowanej empory pomogło godnie uczcić tysiąclecie biskupstwa w Kołobrzegu w roku 2000., miałem zaszczyt pomagać przy rozładunku ciężarówki. Ksiądz Słomski śledził każdy ruch, a ja nosiłem piszczałki cynowe, wielkie, delikatne i lekkie. Przypadek sprawił, że zdjęcie z tego wydarzenia na stałe zawisło w gablocie w południowej nawie katedry. Jako przewodnik oprowadzający turystów, pokazuję je czasem w trakcie zwiedzania.
Byłem jednym z tych, którzy w 2005 roku prosili księdza Słomskiego o otwarcie katedry, gdy umierał św. Jan Paweł II. Zajęło proboszczowi trochę czasu, aby dostrzec powagę chwili i nastroje wiernych. Już nie pamiętam w szczegółach, jak to zostało rozwiązane, ale jednak udało się godnie przeżyć duchowo tamte chwile, kiedy przemieniało się wiele serc.
Moim pożegnaniem z księdzem Józefem Słomskim był wywiad dla Telewizji Kablowej Kołobrzeg. W Domu Emerytów, przed kamerą, wspominaliśmy jego budowanie Kościoła w mieście nad Parsętą, czego przez cztery dekady miałem zaszczyt być świadkiem i uczestnikiem.
Piotr Pasikowski
Łukasza Rajkowska, felicjanka
Ks. Józef Słomski wieloletni i gorliwy wymagający stojący na posterunku kapłan i proboszcz. Każdy chodził jak w zegarku, różne spotkania, próby były przygotowane i wypracowane. Przed każdą Mszą św. ćwiczył pieśni, to była Jego pasja, bardzo lubił śpiewać, a szczególnie z dziećmi. Był bardzo gorliwym kapłanem, w swojej służbie, nie jedna osoba czy to świecka czy duchowna mogłaby brać przykład z tego kapłana. Umiał rozwiązywać różne problemy, zawsze potrafił pomóc, wesprzeć. Ponad 13 lat mojej służby w Bazylice bardzo mile wspominam, każdy gest, każde słowo księdza prałata Józefa. Na pewno nie zawsze było tak jakby się chciało, ale jedno słowo księdza Józefa i wszystko dobrze się kończyło. Dlatego jestem bardzo wdzięczna za dobrą współpracę, potrafił być dla wszystkich bez wyjątku dobrym człowiekiem i kapłanem, umiał wychodzić naprzeciw drugiemu człowiekowi w potrzebie. Ksiądz Józef nie rozstawał się z katedrą, codziennie widziałam Go siedzącego i modlącego w ławce z różańcem w ręku, dbał o tą katedrę ona była dla Niego perełką. Zostawił po sobie miłe wspomnienia. Wdzięczna za wszystko pamiętająca w modlitwie siostra Łukasza felicjanka.
Teresa i Andrzej Jóźwikowie
Wspomnienia o Księdzu prałacie Józefie Słomskim Kiedy myślę Ks. prałat Józef Słomski, nasuwają mi się wspomnienia sprzed wielu lat, które w sercu wciąż noszę i do których często wracam. Miałam ten zaszczyt znać Ks. prałata. To dzięki Niemu zostałam katechetką i do dziś , choć jestem na emeryturze – pracuję z przedszkolakami. Ks. Józefa trzeba było poznać, odkryć i wtedy powiedzieć, ile dobra było w tym Człowieku. Rozmodlony na co dzień, oddany Bogu i Jego Matce, poświęcający każdą wolną chwilę na modlitwę w katedrze, Jego ukochanym miejscu albo siedząc w konfesjonale przesuwając paciorki różańca.
Nigdy nie odmówił nikomu pomocy. Sami tego doświadczyliśmy. My także pomagaliśmy Księdzu w przeróżny sposób, za co był wdzięczny. Dla całej mojej rodziny Ks. prałat był świadkiem tworzącej się historii naszego życia rodzinnego. Udzielał dzieciom sakramentu pokuty, I Komunii Świętej, sakramentów małżeństwa, a także brał udział w pogrzebach naszych bliskich. Dziś przeglądając wspólne zdjęcia z różnych uroczystości rodzinnych, tęsknimy za tamtymi spotkaniami, rozmowami i klimatem, który tworzył Ks. dziekan. Kiedy był Ks. Józef na emeryturze, dość często spotykaliśmy się na „herbatce”, by rozmawiać o różnych sprawach. Mieliśmy ten zaszczyt poznać rodzinę Ks. prałata, odwiedzić Ich i mamy kontakt do dziś.
Minie już wkrótce 8 rocznica odejścia Księdza Józefa do Domu Ojca. Po śmierci zamawiamy na dzień 14 marca każdego roku, Mszę Świętą w Jego intencji w naszej parafii pw. Miłosierdzia Bożego, w której częstym Gościem był Ks. dziekan. Całą naszą rodziną dziękujemy za Księdza dar Kapłaństwa przeżywany wśród nas i z nami, za mądre rady i wsparcie, możliwość „wygadania się”, za łatwość nawiązywania kontaktów z ludźmi, za całą Bazylikę, która wciąż przypomina o Księdzu. Choć nie ma Księdza z nami już 8 lat, to wierzymy, że przebywa Ksiądz w miejscu wiecznej szczęśliwości, w radości, otoczony miłością Boga Trójjedynego, Maryi ,którą bardzo kochał i swoich bliskich . Proszę o modlitwę za nas, za swoich parafian, abyśmy kiedyś spotkali się razem w Niebie.
Za wszystko Czcigodnemu Księdzu Józefowi dziękujemy i powtarzamy sobie „Nie umiera ten, kto trwa w sercach żywych”. Ks. Jan Twardowski
Teresa i Andrzej Jóźwikowie


